Nie chcę, żeby twoja rodzina kiedykolwiek tu przyjeżdżała!” — kobieta nie wytrzymała dłużej i pokazała, na co ją stać

Rozwód?! Dlaczego?” Wiktor zbladł. „Och, zwariowałaś! To absurd!”

„To absurd, że od pięciu dni mieszkam jako pokojówka we własnym mieszkaniu, a mój mąż nie widzi w tym problemu. To absurd, że twoja matka porównuje mnie do twojej byłej żony. To absurd, że wydaję pieniądze na salony fryzjerskie dla ludzi, którzy nawet nie dziękują”.

„Podziękowaliśmy!” – wyrzuciła z siebie Ludmiła.

„Ani razu” – Olga spojrzała jej prosto w oczy. „Ani razu. Raz. W. Pięć. Dni”.

Zapadła ciężka cisza. Wzrok Wiktora przesunął się z żony na matkę, z matki na siostrę. Jego twarz była zdezorientowana, wręcz żałosna.

„Och, ale jak mam ich wypuścić? To moja rodzina. Przeszli długą drogę”.

„A co ze mną?” – zapytała cicho Olga. „Kim ja jestem?”

„Ty… jesteś moją żoną.”

„Zachowuj się jak mój mąż. Chroń mnie. Stań przy mnie. Albo odejdę, a ty zostaniesz z rodziną.”

Raisa Pietrowna zrobiła krok naprzód.

„Wituszko, nie pozwolisz, żeby ta… ta niewdzięczna kobieta tak do nas mówiła, prawda? Wychowaliśmy cię, poświęciliśmy dla ciebie wszystko! A ona nas wyrzuca!”

„Mamo, zaczekaj chwilę” – Wiktor uniósł rękę. Spojrzał na Olgę i po raz pierwszy od kilku dni w jego oczach pojawiło się coś na kształt zrozumienia.

„Ol, naprawdę wyjeżdżasz?”

„Już wyjeżdżam. Pytanie tylko, czy na zawsze, czy tylko na kilka dni.”

Milczał. Sekunda. Jeszcze jedna. Pięć. Dziesięć.

Olga otworzyła drzwi.

„Zaczekaj” – powiedział Wiktor.

Stała nieruchomo.

Odwrócił się do rodziny. Jego twarz była blada, ale zdecydowana.

„Mamo”. Luda. Tola. Musicie wyjechać. Jutro rano.

—Co?!— krzyknęła Raisa Pietrowna.—Zwariowałaś?! Wybierasz ją zamiast własnej matki?!

—Wybieram rodzinę—powiedział stanowczo Wiktor.—Olga. Moja żona.

—Witienka!

—Nie, mamo. Olga ma rację. Przyszłaś bez uprzedzenia, kazałaś, żądałaś, nie podziękowałaś. Myślałam, że ona się tym zajmie, że to normalne pomagać rodzinie. Ale to nie jest pomoc. To wykorzystywanie.

Ludmiła jęknęła z oburzenia.

—Aha! No to udławcie się obie! Witia, pożałujecie! Mamo, chodź, pakujemy się!

Ostentacyjnie weszli do pokoju i zatrzasnęli drzwi.

Wiktor podszedł do Olgi.

—Wybacz mi. Proszę. Byłam ślepą idiotką.

Olga spojrzała na niego. Zmęczenie uderzyło ją nagle, gdy tylko adrenalina opadła.

— Naprawdę ich odsyłasz?

— Tak. Jutro rano kupię im bilety autobusowe. I zapłacę za wszystko, żeby nie było kłopotów.

— A ten salon? Dwadzieścia tysięcy?

— Zwrócę ci. Co do centa. I przeproszę twoich klientów, jeśli będę musiała.

Olga postawiła walizkę na podłodze. Usiadła na niej, na środku korytarza. I płakała. Cicho, bez szlochu — łzy po prostu spływały jej po policzkach.

Wiktor przykucnął obok niej i objął ją ramionami.

— Naprawdę nie widziałem, jak bardzo jesteś zła. Myślałem, że jesteś po prostu trochę zmęczona. Wybacz mi… Jestem głupią idiotką.

— Idiotką — szlochała.

— Idiotką — przyznał.

Z pokoju dobiegały głośne głosy, oburzone jęki. Tolja wyszedł, skinął im głową i mruknął:

„Jutro wyjeżdżamy wcześniej. Przepraszam, Olu. Naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, że jesteśmy tacy… no cóż. Przepraszam”.

I to były pierwsze prawdziwe przeprosiny od pięciu dni.

Rano rodzina spakowała się w absolutnej ciszy. Raisa Pietrowna nie pożegnała się. Ludmiła zatrzasnęła drzwi tak mocno, że zadrżały okna. Tolja ponownie wymamrotał przeprosiny.

Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, Olga i Wiktor zostali sami w zrujnowanym mieszkaniu.

„Co za koszmar” – mruknął Wiktor, patrząc na bałagan.

„Tak” – powiedziała Olga.

„Pomożesz mi posprzątać?”

Spojrzała na niego. Długo. Poważnie.

„Pomogę, jeśli posprzątacie razem ze mną. Jak równi sobie”.