Mamo, ty i Luda będziecie spać u mnie i u Oli – zaczął Wiktor. – Ola i ja będziemy spać na kanapie tutaj, w kuchni, a Tola z chłopakami pójdziemy do salonu.
Salon. Mały pokój, dziesięć metrów kwadratowych, gdzie stało jej biurko, komputer i regały z książkami. Gdzie spędzała osiem godzin dziennie, tworząc koncepcje projektowe dla klientów.
„Witia, jutro muszę pracować” – powiedziała cicho. – „Mam deadline”.
„Och, nie szkodzi” – zbył ją. – „Możesz przetrwać jeden dzień. Albo wstać wcześnie”.
Olga spojrzała na męża. Na jego beztroski uśmiech, na to, jak poklepał Tolę po ramieniu, zrzucił buty i zadowolony opadł na fotel. I milczała.
Pierwsze trzy dni przypominały maraton bez mety. Olga wstała o szóstej, kiedy wszyscy jeszcze spali, i próbowała coś zrobić. O ósmej goście zaczęli się budzić, a potem rozpętało się piekło.
„Ołuszka, zrób nam kawę!” zawołała teściowa z salonu.
„Ol, zrobisz jajecznicę z bekonem? Jak w amerykańskich filmach!” wtrąciła Ludmiła.
Nastolatki siedziały w milczeniu z nosami w telefonach, rzucając okruszki na podłogę. Tola zażądał „prawdziwego męskiego śniadania” – z mięsem, smażonymi ziemniakami i ogórkami.
Wiktor wyszedł do pracy o dziewiątej, pożegnał się z Olgą i powiedział:
„Jesteś świetna, słoneczko. Wiedziałem, że dasz radę. Tak się cieszą, że cię widzą!”
W południe Olga miała rozbolałą głowę. Raisa Pietrowna chodziła po mieszkaniu jak inspektor, znajdując kurz w najbardziej nieoczekiwanych miejscach.
„Olciu, kiedy ostatnio myłaś kąty? Tam są pajęczyny”. A pod twoją sofą, widzę, zebrała się gruba warstwa kurzu. Na wsi może i żyjemy prościej, ale tu zawsze jest idealnie czysto.
Olga nic nie powiedziała i wytarła kąty.
Ludmiła przeglądała media społecznościowe i westchnęła:
„Och, chciałabym pójść do salonu piękności! Witia mówiła, że macie tu wszystkie modne salony. Zupełnie jak w tym filmie – jak on się nazywał? Wiesz, gdzie bohaterka zawsze się strzygła? Też chcę!”
„Mogę ci podać adresy” – zaczęła Olga.
„Zwariowałaś!” – wykrzyknęła oburzona Ludmiła. „Jesteśmy praktycznie nowi w mieście. Musicie nas zawieźć, zarejestrować, wszystko wyjaśnić. Inaczej nas oszukają albo się zgubimy”.
„Musicie”. To słowo pojawiało się coraz częściej.
Olga musiała gotować to, co „widziały w filmach”. Musiała opiekować się dziećmi, kiedy Ludmiła i Tola chcieli „zwiedzić miasto”. Musiała prać cudze rzeczy, bo „jesteśmy rodziną, co za zamieszanie!”.
Czwartego dnia, kiedy Olga zmywała naczynia po kolacji – kolejnym „zamówionym” daniu, tym razem stekach z grillowanymi warzywami, które zajęło jej dwie godziny po pracy – Raisa Pietrowna podeszła do niej i krytycznie spojrzała na kuchnię.
„Wiesz, Oleńko, pierwsza żona Witii była o wiele bardziej zręczna. Gotowała w godzinę i zawsze się uśmiechała. A ty po prostu chodzisz tak… pomarszczona”.
Olga chciała coś odpowiedzieć, ale zacisnęła zęby i kontynuowała szorowanie patelni.
Piątego ranka, kiedy Olga po raz szósty w tym tygodniu robiła śniadanie, Ludmiła oznajmiła:
„Ol, postanowiłyśmy: dzisiaj idziemy do salonu piękności!” Mama chce mieć taką fryzurę jak ta aktorka z serialu – mówiłam ci wczoraj, wiesz? I chcę manicure i w ogóle. Umówisz się z najlepszym, dobrze? I oczywiście pójdziesz z nami.
„Mam umówioną wizytę online z klientką o drugiej” – powiedziała Olga, przerzucając naleśniki.
„Odwołaj” – powiedziała po prostu teściowa. „Jesteśmy tu tylko na tydzień. Praca nie zniknie, ale wracamy do domu i kto wie, kiedy nas znowu zobaczysz”.
„Nie mogę odwołać. To ważny projekt”.
„Co za egoista!” Ludmiła uniosła ręce. „Rodzina cię przerasta, prawda? Wiedziałam! Wituśka, słuchasz, co mówi twoja żona?”
Wiktor wyszedł z łazienki i zapiął koszulę.
„No, daj spokój… możesz przełożyć to spotkanie tylko raz. Rodzina nie pojawia się codziennie”. Zrób coś dobrego, spraw im radość.
„Robię coś dobrego każdego dnia” – powiedziała cicho Olga. „Gotuję, sprzątam, ciągnę ich po sklepach… Już prawie zmarnowałam dwa projekty, bo po prostu nie mogę porządnie pracować”.
„Oj, przestań się nad sobą użalać!” – prychnęła Raisa Pietrowna. „Właściwie ci pomagamy. Tola wyniósł wczoraj śmieci.
Śmieci. Raz na pięć dni.
„Ola, nie marudź” – Wiktor pocałował ją w czubek głowy. „Jesteś taka słodka i cierpliwa. Dlatego cię kocham. Dobra, muszę iść. Do zobaczenia wieczorem”.
I wyszedł.
Olga stała przy piecu i wyjrzała na zewnątrz. Był jasny, słoneczny dzień. Gdzieś na zewnątrz ludzie pili kawę na tarasie, przechadzali się po parkach, zajmowali się swoimi sprawami.
