Kiedy skończyłem, jego głos był cienki i drżący. Powoli skinął głową, jakby potwierdzając coś, co już podejrzewał. „Wade Holloway” – powiedział, a imię ciężko mu dźwięczało na języku. „Ulubieniec rady miasta. Wielki darczyńca. Gadatliwy. Mała dusza”.
„Znasz go?” – zapytałem, czując narastający w żołądku strach.
Usta Grave’a wykrzywiły się w grymasie. „Nasze drogi się skrzyżowały. Nie w przyjazny sposób”.
Wtedy zrozumiałem, że nie tylko trafiłem w bezpieczne miejsce; trafiłem na linię uskoku, miejsce, gdzie struktury władzy ścierały się cicho, lecz gwałtownie, bez konferencji prasowych ani efektownych nagłówków, a ja byłem w samym środku tego wszystkiego.
Nie wiedziałem wtedy, jak długo Holloway krążył wokół tego miejsca, ilu ludzi z Grave miał już na radarze i jak bardzo ta konfrontacja narastała na długo przed tym, zanim postawiłem stopę w tej piekarni.
Pierwszy znak, że bezpieczeństwo jest tymczasowe, pojawił się tuż po północy, gdy gwar na posesji ucichł, strażnicy przy bramie zamarli, radia trzeszczały przyciszonymi głosami, a Grave wzniósł się niczym burza niesiona ciśnieniem powietrza.
„Jest tutaj” – mruknął ktoś.
Na monitorach pojawiły się reflektory, zniknęły i pojawiły się ponownie, krążąc, badając, a moje serce zaczęło bić szybciej, gdy dotarło do mnie, że nawet nie widząc mężczyzny w środku, znałem rytm tego samochodu, sposób, w jaki czekał zamiast pędzić, pewność siebie kogoś, kto wierzył, że czas jest jego sprzymierzeńcem.
„On sam nie przyjedzie” – wyszeptałem, czując ogarniający mnie strach. „Przysyła ludzi”.
Grave spojrzał na mnie. „Nie dziś”.
W zasięgu wzroku pojawił się czarny SUV i zatrzymał się tuż przed bramą. Wysiadł z niego wysoki, schludny mężczyzna, ubrany jak autorytet, pokazując odznakę, która tutaj nic nie znaczyła, ale wszędzie indziej znaczyła wszystko. Jego głos brzmiał spokojnie w interkomie, gdy przedstawił się jako agent Cross, choć od razu rozpoznałem w nim człowieka, do którego Holloway dzwonił, gdy coś musiało zniknąć.
„Wpadliśmy tylko sprawdzić, co u niej” – powiedział łagodnie Cross. „Myślimy, że pod twoją opieką może być młoda, bezbronna kobieta”.
Grave nie starał się ukryć uśmiechu. „Mylisz się”.
Nastąpiły groźby, ledwo skrywane obietnice nakazów aresztowania, rewizji, zajęcia mienia, ale spływały po Grave’ie jak po deszczu, bo nie blefował, i Cross o tym wiedział. Impas trwał, aż SUV w końcu odjechał, akurat na tyle, by dać znać, że to jeszcze nie koniec.
Tej nocy nie spałem.
Leżałem na łóżku polowym w tylnym pokoju, wpatrując się w sufit, nasłuchując cichego szmeru głosów i odległego brzęku metalu. Myśli pędziły mi przez głowę, uświadamiając sobie, że moja obecność zaburzyła równowagę czegoś o wiele większego ode mnie i że jakkolwiek życzliwi byli ci ludzie, życzliwość nie neguje konsekwencji.
Nastał szary i zimny poranek, a wraz z nim pierwsza rysa w iluzji, że Czarny Sojusz był jedynie schronieniem.
Uchwyciłem strzępki rozmów, których nie powinienem był słyszeć – o terytorium, o naciskach Hollowaya na firmy powiązane z klubem, o nagłym cofnięciu zezwoleń, wycofaniu się dostawców, zbliżaniu się patroli policji – i stało się dla mnie jasne, że nie tylko jestem chroniony; byłem dźwignią, czy tego chciałem, czy nie.
Grave znalazł mnie później tego popołudnia w ogrodzie, z ramionami owiniętymi wokół siebie, z ciężarem winy przygniatającym mnie do piersi.
„Żałujesz, że tu zostałeś” – powiedział.
„Żałuję, że naraziłem cię na niebezpieczeństwo” – odpowiedziałem cicho.
Pryknął. „Niebezpieczeństwo jest moim współlokatorem od czterdziestu lat”.
„Ale to co innego” – upierałam się. „On się nie zatrzyma. Spali wszystko, żeby mnie dopaść”.
Grave długo na mnie patrzył, a potem powoli skinął głową. „Masz rację”.
To wyznanie mnie zaskoczyło.
„Holloway nie dba o sprawiedliwość ani reputację” – kontynuował Grave. „Chce tylko kontroli. A kontrola nienawidzi niedokończonych spraw”.
„Więc co teraz?” – zapytałam.
Po jego twarzy przemknął cień, coś starego i ostrego. „Teraz zdecydujemy, czy będziemy się bronić, czy to zakończymy”.
Powinnam być przerażona sposobem, w jaki to powiedział, sugestią przemocy wypowiedzianą tak spokojnie i przekonująco, ale zamiast tego coś innego we mnie drgnęło, coś, czego nie czułam od czasu, gdy byłam w rodzinie zastępczej, od nocy, kiedy chowałam się pod mostami.
Gniew.
Holloway oczekiwał, że będę mała, cicha i zniknę po cichu, a ja
