Istnieli w szczelinach, które pozostały po upadku instytucji, i czasami ratowali ludzi, czasami ich niszczyli, a czasami, z zewnątrz, te dwie rzeczy wydawały się niepokojąco podobne.
Plan nie został sformułowany za pomocą dramatycznych przemówień ani okrzyków bojowych, gdy już został opracowany.
Był pełen wyzwań logistycznych.
Grave przedstawił go spokojnie i metodycznie, tak jak ktoś mógłby omawiać wzorce pogodowe czy łańcuchy dostaw, opisując, jak Holloway będzie postępować, jak narastać będzie presja, jak funkcjonariusz Cross wróci z nakazami aresztowania, które byłyby formalnie ważne, ale moralnie naganne, i jak jedynym prawdziwym atutem, jaki pozostał, był czas.
„Jutro wieczorem organizuje zbiórkę funduszy” – powiedział Grave. „Zdecydowane. Darczyńcy, sędziowie, komendanci policji. Poczuje się nietykalny”.
„A potem go uderzysz” – powiedziałem.
Grave pokręcił głową. „Wtedy decydujesz, jakiego zakończenia chcesz”.
Zmarszczyłem brwi. „Co masz na myśli?”
„To znaczy” – powiedział ostrożnie – „że możemy go po cichu zdemaskować, przeciec to właściwym dziennikarzom, pozwolić, by jego imperium rozpadło się miesiącami, a może nawet latami, podczas gdy on będzie chodził na wolności wystarczająco długo, by napisać na nowo swoje dziedzictwo, albo…”
„Albo?” – naciskałem.
„Albo upublicznimy to natychmiast i bezsprzecznie” – podsumował Grave. „I poniesiemy konsekwencje”.
Słowo „opad radioaktywny” zawisło ciężko w powietrzu między nami, ponieważ opad radioaktywny nie tylko dotykał winnych, ale rozprzestrzeniał się i zatruwał wszystko w okolicy. Wtedy zrozumiałem, że żadna opcja nie jest bezpieczna, żaden wybór nie jest bez strat ubocznych.
Tej nocy siedziałem sam na dachu magazynu, miasto rozciągało się pode mną jak rana zaszyta neonami i latarniami, i pomyślałem o kobiecie ukrywającej się w piekarni, drżącej i głodnej, przerażonej, by nikt jej nie zobaczył, i o tym, jak bardzo wydawała mi się teraz odległa.
Pomyślałem o ciele na podłodze.
O tym, jak brzmiał głos Hollowaya, gdy mówił o „załatwianiu” spraw.
O wszystkich tych dziewczynach, które nie miały szansy ubiegać się o urząd.
Do rana podjęłam decyzję.
Gala charytatywna odbywała się w odrestaurowanym teatrze operowym w centrum miasta, z marmurowymi kolumnami i czerwonym aksamitem, w miejscu, gdzie korupcja wydawała się cywilizowana. Weszłam przez główne drzwi w pożyczonej sukience i z kręgosłupem, o którym nie wiedziałam, że go rozwinęłam, z włosami związanymi do tyłu i odsłoniętą twarzą, bo ukrywanie się już nie działało.
Grave i Przymierze nie byli w środku.
To nie było konieczne.
Pomieszczenie było pełne mężczyzn, którzy myśleli, że miasto należy do nich, śmiejących się cicho przy szampanie, a kiedy Holloway mnie zobaczył, krew odpłynęła mu z twarzy tak szybko, że aż zrobiło się jej niedobrze.
Podszedł bliżej, uśmiech nie sięgał oczu. „Nie powinnaś tu być” – mruknął tak cicho, że nikt inny nie mógł go usłyszeć.
„Wiem” – powiedziałam. „Właśnie dlatego przyszłam”.
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, weszłam na małą scenę przy orkiestronie, trzymając w dłoni rozgrzany mikrofon, i w sali zapadła cisza. Wśród tłumu zapanowało zamieszanie, cała uwaga skupiła się na dziewczynie, której nikt nie zaprosił.
„Nazywam się Mara Collins” – powiedziałam stanowczym, wzmocnionym głosem, niemożliwym do zignorowania. „I mieszkałam kiedyś w domu radnego Hollowaya”.
Nastała absolutna cisza.
Nie dałam im czasu na otrząśnięcie się.
Opowiedziałam im wszystko, nie emocjonalnie, nie dramatycznie, ale jasno, z nazwiskami, datami, płatnościami, odtwarzając klipy i pokazując dokumenty na ekranie za mną, które Przymierze przygotowało zdalnie. Prawda ujawniła się w zimnych, niepodważalnych szczegółach, gdy w sali zapanował chaos.
Ludzie wstali.
Ludzie krzyczeli.
Ochrona interweniowała za późno.
Holloway rzucił się na mnie, jego maska w końcu opadła, gniew i strach wykrzywiły jego twarz w coś małego i brzydkiego. Przez ułamek sekundy myślałem, że naprawdę chce mnie skrzywdzić, ale chwyciły go ręce – nie Przymierza, nie policji, ale darczyńców, sojuszników, ludzi, którzy za późno zdali sobie sprawę, że związek z nim jest ryzykowny.
Kiedy ucichł, gdy hałas osiągnął punkt kulminacyjny, a w oddali zawyły syreny, zszedłem ze sceny i wyszedłem tymi samymi drzwiami, którymi wszedłem. Nogi mi się trzęsły, płuca paliły, ale po raz pierwszy w życiu miałem jasny umysł.
Następstwa były przerażające.
Holtoaya aresztowano, potem wypuszczono, a potem znowu aresztowano, gdy sprawa się rozrosła, kariery legły w gruzach, wszczęto śledztwa, a groźby szeptano przez pośredników.
