„Jestem tutaj” – warknął, uderzając dłonią w ladę – „i nie chcę, żebyś się wtrącał”.
„To tylko chleb” – wyszeptałem, ale mimo moich wysiłków słowa załamały się. „Wyrzucisz go”.
„Wolę go wyrzucić, niż dać komuś, kto odstraszy klientów” – powiedział, czerwieniąc się. Potem, z celowym, choć wyćwiczonym okrucieństwem, chwycił serwetkę, podniósł moje monety, jakby były skażone, i zrzucił je z lady.
Upadły na kafelkową podłogę i potoczyły się, jedna spiralnie pomknęła w stronę drzwi, druga zatrzymała się przy moim bucie.
„Wynoś się stąd” – powiedział cicho, groźnie. „Zanim zadzwonię na policję i powiem im, że mi przeszkadzasz”. „Nie chcesz takiej uwagi”.
Stałem tam sekundę za długo, wpatrując się w chleb, monety, w odległość między nimi, z gardłem ściśniętym z wysiłku, by nie upaść tuż przed nim, bo kiedy raz się rozpłacze, naprawdę rozpłacze, w takim miejscu, traci się resztki godności, której się kurczowo trzyma.
Odwróciłem się i wyszedłem, a dzwonek do drzwi znów zabrzmiał szyderczo, gdy drzwi się zamknęły, a na zewnątrz uderzył mnie tak mocno, że nie mogłem oddychać.
Zsunąłem się po ceglanej ścianie obok piekarni, skuliłem się, żołądek ścisnął mi się gwałtownie i przez chwilę świat zdawał się kurczyć do betonu pode mną i bólu w kościach.
W tym momencie ulica zaczęła drżeć.
Na początku myślałem, że to kolejna ciężarówka, ale wibracje narastały, stawały się silniejsze i bardziej intensywne, aż dźwięk całkowicie mnie uderzył: głęboki, ogłuszający ryk, który przetoczył się ulicą jak nadciągająca burza, wstrząsając szybami piekarni za mną.
Spojrzałem w górę, gdy za zakrętem wyłonił się sznur motocykli – ogromne maszyny lśniące czernią i chromem, z silnikami zsynchronizowanymi w sposób, który wydawał się celowy, a nie przypadkowy. Zajmowały całą drogę, zmuszając samochody do zatrzymania się. Kierowcy ubrani byli w skórzane kurtki z efektownym emblematem: czarnym krzyżem nad stalową aureolą, a pod spodem wyszyty napis BLACK COVENANT MC.
Strach uderzył mnie natychmiast, ostry i elektryzujący, ponieważ szybko uczyłem się, jakich niebezpieczeństw można się spodziewać na ulicy, a gangi motocyklowe zawsze znajdowały się na liście rzeczy, których należało unikać za wszelką cenę, nie dlatego, że były z natury brutalne, ale dlatego, że działały według zasad, których się nie rozumiało, a nieporozumienia były śmiertelnie niebezpieczne.
Przylgnąłem do ściany, spuszczając wzrok i próbowałem zniknąć.
Prowadzący rowerzysta zwolnił.
Uniosła się dłoń w rękawiczce.
Dwadzieścia motocykli włączyło raz gaz, a potem się zatrzymało, pogrążając ulicę w upiornej, nienaturalnej ciszy.
Mężczyzna, który zsiadł z konia, był olbrzymi, barczysty, z brodą przetykaną siwizną i czernią, jego skórzana kurtka zmiękła z wiekiem, a nad sercem widniał napis GRAVE, a pod nim, mniejszymi literami, President.
Na początku na mnie nie spojrzał.
Spojrzał w dół.
Do pokoi na chodniku.
Potem podniósł wzrok i jego oczy, złowieszcze, jasnoniebieskie, spotkały się z moimi.
„Nie wziąłby twoich pieniędzy” – powiedział bez pytania, niskim i chrapliwym głosem, a jednak dziwnie miękkim pod żwirem.
Pokręciłem głową, niezdolny wykrztusić słowa.
Za nim Nolan Price wybiegł z piekarni, łopocząc fartuchem i wykrzywioną gniewem i strachem twarzą. „Nie możesz tu parkować!” krzyknął. „Targasz mi drogę!”
Mężczyzna o nazwisku Grave całkowicie go zignorował i lekko przykucnął, bliżej mojego poziomu oczu, a skóra jego kurtki zaskrzypiała.
„Podnieś je” – powiedział cicho.
„Co?” – wyszeptałam.
„Twoje pieniądze” – powiedział. „Zasłużyłaś na nie”.
Schyliłam się, drżąc w dłoniach, i podniosłam monety. Moje palce dotknęły zimnego betonu, a serce waliło mi tak mocno, że myślałam, że zemdleję.
Grave wstał i powoli odwrócił się do Nolana Price’a. Atmosfera stała się gęstsza; ogarnęło ją coś ciężkiego i niebezpiecznego.
„Rzuciłeś pieniądze głodnego dziecka na ziemię” – powiedział Grave, nie podnosząc głosu, co tylko pogorszyło sprawę.
„To bezdomna kobieta” – warknął Nolan, próbując zasugerować autorytet, ale mu się to nie udało. „Ona odstrasza klientów. Prowadzę szanowany biznes”.
Grave uśmiechnął się, ale w jego uśmiechu nie było ciepła.
„Szanowany” – powtórzył, a słowo to miało zgniły posmak.
Odwrócił się do mnie i wyciągnął ogromną dłoń. „Nadal jesteś głodna?”
Skinęłam głową.
„Dobrze” – powiedział. „Przynajmniej jesz. I nie jesz sam”.
Wyprostował się, podnosząc głos. „Chłopaki”.
Motocykliści poruszali się czujnie.
„Jesteśmy klientami” – powiedział spokojnie Grave. „I wchodzimy do środka”.
Dzwonek zadzwonił, gdy drzwi się otworzyły.
