Stało się to bez ostrzeżenia. Początkowo rozmowy ucichły. Śmiech ucichł. Ludzie poruszyli się subtelnie, zwracając się w stronę wejścia niczym kwiaty podążające za słońcem. Cichy szum przetoczył się przez hol – odłożono telefony, wyprostowano ramiona, wyostrzono wzrok.
Przybył Javier Alcántara.
Nie wszedł, jakby szukał aprobaty. Wszedł, jakby był do tego przyzwyczajony. Miał pięćdziesiąt kilka lat, był wysoki, ubrany w sposób, który wyglądał na swobodny, a nie ostentacyjny, emanował tym rzadkim opanowaniem, które nagle sprawia, że inni mężczyźni wydają się zbyt głośni. Zatrzymał się tylko na chwilę, rozglądając się po sali z miną nie arogancką, lecz precyzyjną – jakby czytał księgę rachunkową i zapisywał to, co ważne.
Ricardo go zobaczył i natychmiast rzucił się naprzód, a jego uśmiech stał się niemal rozpaczliwy.
„Panie Alcántara” – powiedział Ricardo ciepłym i pełnym entuzjazmu głosem. „Ricardo Valdés, Dyrektor Handlowy”. To zaszczyt w końcu cię poznać.
Ricardo wyciągnął rękę, uścisk dłoni, który wyćwiczył, lekko uginając ramię, by wyglądać na pewnego siebie i otwartego. Był gotowy na moment, który sobie wyobraził: uścisk Javiera, skinienie głową, „Słyszeliśmy o nim same dobre rzeczy”, początek wzlotu Ricarda.
Javier nie uścisnął mu dłoni.
Nawet na nią nie spojrzał.
Przeszedł obok Ricarda, jakby ten gest był lekko przesuniętym krzesłem. Ręka Ricarda zawisła w powietrzu, nagle absurdalnie, i przez ułamek sekundy cała sala była świadkiem upokorzenia tak czystego i cichego, że wydawało się niemal chirurgiczne. Kilka osób udawało, że nie zauważa. Kilka osób patrzyło z poczuciem winy i satysfakcji, jakby patrzyli, jak ktoś inny zostaje powalony. Uśmiech Ricarda zniknął, ale pozostał na nogach; jego duma została wyćwiczona, by stać prosto, nawet gdy grunt pod jego stopami się chwiał.
Clara pomyślała, że to tylko lekceważąca uwaga. Pokaz siły. Taki, jaki robią miliarderzy, żeby przypomnieć wszystkim, kto tu rządzi. Wtedy Javier się zatrzymał.
Jego ciało zwróciło się – nie w stronę Ricarda, nie w stronę dyrektorów wokół niego, ale w stronę stolika, przy którym stała Clara.
Przez chwilę Clara go nie poznała. Trzydzieści lat to długi czas, wystarczająco długi, by twarze się zmieniły, linie włosów zniknęły, a przeszłość zbladła. Ale są rzeczy, które ciało pamięta, zanim umysł je dogoni. Palce Clary bezwiednie zacisnęły się na torebce. Serce podskoczyło jej do gardła.
Javier wpatrywał się w nią jak rażony piorunem.
Miliarder, właściciel firm, budynków i całych kwartałów miasta, po raz pierwszy wydawał się niepewny. Jego oczy rozszerzyły się, jakby odkrył coś, w co już nie wierzył. Potem ruszył. Nie powoli. Nie ceremonialnie. Szedł prosto w stronę Clary, przedzierając się przez tłum, jakby wszyscy wokół niego byli tylko tłem.
Clara wstrzymała oddech, gdy do niej podszedł. Javier nie przywitał się z nią uprzejmie. Nie pytał o pozwolenie. Ujął ją za obie ręce – delikatnie, ale stanowczo, jakby potrzebował dowodu, że jest prawdziwa.
„Clara” – wyszeptał, a jego głos załamał się, gdy wypowiedział jej imię.
Aby kontynuować, kliknij przycisk pod reklamą ⤵️
