Kiedy miałem 19 lat, byłem bezdomny i głodny, gdy piekarz rzucił moje ostatnie 50 centów na ziemię za „straszenie klientów”. Chwilę później 20 Aniołów Piekieł zablokowało ulicę i zadało mi pytanie, które zmieniło wszystko.
CZĘŚĆ 1: DZIEŃ, W KTÓRYM GŁÓD POZNAŁ MOJE IMIĘ
Kiedy miałem dziewiętnaście lat, głód przestał być bólem, bo ból przynajmniej przychodzi, osiąga szczyt i odchodzi, podczas gdy głód, prawdziwy głód, taki, który wpełza w kości i wywraca myśli do góry nogami, staje się stałym mieszkańcem twojego umysłu, szepcząc kłamstwa o twojej wartości, twojej przyszłości i o tym, czy ktokolwiek zauważy, jeśli po prostu znikniesz pewnej nocy i pozwolisz, by zimno wzięło górę.
W ten listopadowy poranek w Toledo w stanie Ohio głód miał głos, i to na tyle głośny, że zagłuszył miasto.
Siedziałem na stalowej ławce autobusowej przed zamkniętą fabryką, której okna zabite deskami niczym ślepe oczy. Otuliłam się szczelniej płaszczem, choć tak naprawdę nie był to płaszcz, a raczej podarowana parka o dwa rozmiary za duża, poplamiona starym smarem i lekko pachnąca pleśnią. Ale to była jedyna rzecz, która chroniła moją skórę przed zimnem, które przenika do krwiobiegu i nie chce z niego wyjść.
Nazywam się Mara Collins, choć nikt nie używał tego nazwiska od ośmiu miesięcy, chyba że ktoś odczytał je z notesu albo wykrzyczał w holu schroniska tonem wyrażającym raczej dyskomfort niż rozpoznanie. W tamtej chwili nie byłam pewna, czy to imię nadal moje, bo imiona oznaczają trwałość, a moje życie stało się serią miejsc, w których byłam chwilowo tolerowana, zanim poproszono mnie, grzecznie czy nie, o odejście.
Po drugiej stronie ulicy, świecąca niczym okrutny żart, stała piekarnia Price & Crumb. Jej duże okna były lekko zaparowane przez panujący w środku upał, rzucając złote światło na popękany chodnik i oświetlając półki. Półki były zapełnione chlebem, który wyglądał jak z magazynu kulinarnego, a nie z prawdziwego życia. Bochenki były oprószone mąką niczym świeży śnieg, rogaliki tak idealnie ułożone, że wyglądały jak wyrabiane, a nie pieczone.
Kobieta w wełnianym płaszczu wyszła na zewnątrz, śmiejąc się do telefonu, odłamując kawałek ciasta zadbanymi palcami. Okruszki posypały się na chodnik, gdzie natychmiast sfrunął gołąb, z zapałem dziobiąc to, czego nawet nie zauważył. Ogarnęło mnie przygnębienie, gdy z zawstydzającą jasnością uświadomiłam sobie, że zazdroszczę ptakowi.
Nie jadłam nic od sobotniego wieczoru, chyba że liczyć pół szklanki rozwodnionej zupy, którą ktoś zostawił w piwnicy kościoła, a we wtorek rano głód przekroczył niewidzialną granicę, przez co mój żołądek nie tyle burczał, co kurczył się bezgłośnie, oszczędzając energię jak maszyna, która zaraz się wyłączy.
W kieszeni, zawinięte w podarty paragon, leżały dwie ćwierćdolarówki, rozgrzane godzinami ściskania ich w pięści. Odpuszczanie wydawało mi się niebezpieczne, jakby mogły zniknąć w chwili, gdy przestanę zwracać na nie uwagę.
Miałam zasady, nawet teraz, a zwłaszcza teraz, ponieważ zasady były jedyną rzeczą, która powstrzymywała mnie przed całkowitym załamaniem. Jedna z nich była prosta: nie będę błagać, nie dlatego, że byłam dumna, ale dlatego, że błaganie czyniło z ciebie przedmiot, coś, wokół czego ludzie mogli się poruszać, o czym mogliby prawić kazania lub filmować dla lajków w mediach społecznościowych. Płacenie, nawet z resztą, czyniło z ciebie klienta, a klienci teoretycznie mieli prawo istnieć.
Price & Crumb reklamował „stare towary za pół ceny” na tablicy przy wejściu, a ja już trzy razy przechodziłam obok, zastanawiając się, czy sam upał jest wart upokorzenia związanego z odmową.
W końcu zwyciężył głód, bo głód zawsze zwycięża.
Dzwonek nad drzwiami zadzwonił, gdy weszłam do środka – dźwięk był zbyt radosny jak na nagłe poczucie bezbronności, którego doświadczyłam – a zapach przytłoczył mnie tak bardzo, że na chwilę straciłam ostrość widzenia; Drożdże, masło i cukier otulały mnie niczym wspomnienie życia, jakie mogłabym wieść, gdyby wszystko potoczyło się inaczej.
Za ladą stał mężczyzna po czterdziestce, wysoki, szczupły, ze starannie ułożonymi siwymi włosami na skroniach, ubrany w schludny fartuch z wyszytym imieniem: Nolan Price. Rozpoznałam go od razu, nie dlatego, że znałam go osobiście, ale dlatego, że mężczyźni tacy jak on zawsze wyglądali tak samo, tacy, którzy nigdy nie martwili się, czy dolar wystarczy na tydzień, tacy, którzy mylili wygodę z cnotą.
Uniósł wzrok, uśmiechnął się odruchowo, ale potem zobaczył, jak ten uśmiech znika, gdy jego wzrok powędrował od moich butów do rękawów, a potem na moją twarz, oceniając szkody z niepokojącą skutecznością.
„Toaleta jest dla klientów” – powiedział, wcale nie wrogo.
