Większość miejsc tu nie jest” – usprawiedliwiła się.
Trzymał ją chwilę dłużej, niż było trzeba. „Dziękuję”.
Nie powiedziała mu, że czerwone życie było kiedyś jej zawodem. Ani że mężczyzna o imieniu Victor Hale odebrał jej wszystko, by poświęcić się swojej korupcji. Że ukrywanie się tutaj nigdy nie miało być trwałe – miało być jedynie przetrwaniem.
Poranek nadszedł cicho.
Burza ucichła, grzebiąc świat, lśniąc w bladym zimowym świetle. Clarę obudził dźwięk niepasujący do ciszy: odległy grzmot narastał i mnożył się, aż ziemia zaczęła buczeć.
Motocykle.
Otworzyli drzwi i zamarli.
Rowery stały wzdłuż autostrady tak blisko, jak sięgał jej wzrok – chrom i stal odbijały światło słoneczne, rzędy ciągnące się w dal. Rowerzyści czekali obok nich. Marcus stanął obok niej z lekkim uśmiechem w kąciku ust.
„Słyszeli, co zrobiłaś” – powiedział.
„Ilu?” wyszeptała.
„Około półtora tysiąca”.
Kolana jej drżały.
Wozy transmisyjne tłoczyły się na drodze; reporterzy już gorączkowo rozmawiali do kamer. A w środku baru jej koleżanka June wpatrywała się w nią, widząc nawet ducha.
„W telewizji mówią twoje imię” – powiedziała June bez tchu. „To jest wszędzie”.
Panika ścisnęła Clarę, bo uwaga była dokładnie tym, czego przez trzy lata starała się unikać – tym, co mogło dotrzeć do Victora Hale’a, człowieka, który nigdy nie zapominał o sprzecznościach.
A jednak wyszła na zewnątrz.
Ryk, który ją powitał, nie był wrogi, lecz raczej przypominał ryk silników w unisonie, dźwięk, który przetoczył się jak grzmot po śniegu. Stali tam, przesadnie, odpowiadając na pytania z cichą szczerością, której nie potrafili odczytać.
„Potrzebowali pomocy” – powiedziała. „To wszystko”.
Około południa przyjechała policja, ostrożna i niepewna. A potem lśniąca czarna limuzyna przecięła tłum niczym nóż – luksus nie na miejscu między skórą a żwirem – a Clara wyczuła zagrożenie głęboko w kieszeniach, zanim jeszcze zobaczyła, kto z niej wysiadł.
Elliot Cross, miliarder i deweloper: dopasowana marynarka, zimne spojrzenie, mężczyzna, którego nazwisko rozpoznała z nagłówków i z czegoś – czegoś zbyt ściśle związanego z Victorem Hale’em, by mógł być zbiegiem okoliczności.
„Muszę wiedzieć, kto zezwolił na to zgromadzenie” – powiedział szorstko.
„Ja” – odparła Clara beznamiętnie. – „Ludzie marzli”.
Elliot skrzywił się i zaczął omawiać pozwolenia i odpowiedzialność. Wyciągnął gotówkę, i to było również uniwersalne rozwiązanie, dopóki Clara – delikatnie, ale stanowczo – nie kazała mu jej schować. Po raz pierwszy wydawał się wyraźnie zdenerwowany.
„Jesteś odważny” – powiedział sucho. – „A może lekkomyślny”.
„Po prostu zmęczony” – odparła.
Ostrzegł przed drugą burzą, poradził jej zamknąć wcześniej i wyszedł. Dopiero później Clara zdała sobie sprawę, że nie spojrzał na nią z pogardą, lecz z uznaniem.
Druga burza nadeszła o zachodzie słońca.
I tym razem to był Victor Hale.
