W drodze do wiejskiego domu doznałem nagłego wypadku medycznego, tak poważnego, że ledwo mogłem oddychać. Mój brat i matka zatrzymali samochód, wyciągnęli mnie i rzucili: „Nie damy rady z twoim dramatem. Sam sobie z tym poradzisz”. Odjechali, zostawiając mnie samego na opustoszałej autostradzie. Nie błagałem. Wykonałem jeden telefon… a moje następne działanie wprawiło ich w panikę, gdy zorientowali się, co zrobiłem. Zaledwie godzinę później…

Dobrze, mama i brat wysadzili mnie na poboczu autostrady z zapaleniem wyrostka robaczkowego i…

Ból uderzył mnie tak nagle, że myślałem, że umieram.

Cześć. Nazywam się Riley Hartman.

Miałem 27 lat, kiedy moja rodzina zostawiła mnie na opustoszałej autostradzie i powiedziała, że ​​muszę umrzeć.

Jechaliśmy do naszego domu na wsi, mama siedziała z przodu, mój brat Evan prowadził, muzyka leciała na cały regulator, a szyby były opuszczone.

Śmiali się z remontów, z tego, jakie piękne lato w końcu będzie, z kolorów farb i mebli ogrodowych, jakby cały świat był po to, by im służyć.

Niebo było czyste, w powietrzu unosił się zapach rozgrzanego asfaltu i skoszonej trawy, a droga przed nami lśniła w tej letniej mgiełce, która z daleka sprawia, że ​​wszystko wydaje się miękkie.

Potem ostry ból przeszył mnie w podbrzuszu.

Krzyknąłem.

Bez przesady.

Bez dramatów.

Prawdziwy krzyk, taki, który rozrywa gardło, gdy coś w środku pęka.

„Nie mogę oddychać. Coś jest nie tak” – wydyszałam, trzymając się za bok.

Przez chwilę spodziewałam się tego, czego większość ludzi oczekuje od swojej rodziny w kryzysie.

Zmartwienia.

Paniki.

Dłoni na ramieniu.

Głosu mówiącego: „Mam cię”.

Zamiast tego Evan gwałtownie zahamował, nie z troski, lecz z irytacji.

„Jezu Chryste, Riley” – warknął, jakby mój ból był dla niego niespodziewaną niedogodnością.

Pas bezpieczeństwa wbił mi się w pierś, gdy samochód gwałtownie zatrzymał się na poboczu.

Moja mama odwróciła się na fotelu i spojrzała na mnie z twarzą pozbawioną strachu.

To była odraza.

Jakbym wylała coś na jej tapicerkę.

„Co ty robisz?” – syknęła.

Próbowałam odpowiedzieć, ale usta zapełniły mi się śliną.

Ścisnęło mnie w żołądku.

Zakrztusiłam się tak mocno, że na chwilę zbladłam.

„Zadzwoń po karetkę” – zdołałam powiedzieć.

Evan nie sięgnął po telefon.

Złapał za klamkę.

„Odejdź” – powiedział.

Wpatrywałam się w niego.

„Mówię poważnie” – wyszeptałam.

Poczułam, jak coś we mnie pęka, głęboki, gorący ucisk niczym zaciśnięta pięść.

Mama westchnęła dramatycznie i otworzyła drzwi.

„Nie rób tego” – powiedziała.

„Nie dzisiaj”.

Wyszła w sandałach, jakbyśmy się zatrzymali, żeby zrobić lepsze zdjęcie zachodu słońca.

Evan obszedł samochód, szarpnął za moje drzwi i złapał mnie za ramię.

Nie miałam nawet siły, żeby walczyć.

Nogi już odmawiały mi posłuszeństwa.

Wyciągnęli mnie z domu.

Moje stopy uderzyły o żwir, a kolana się ugięły.

Upadłam na asfalt, wymiotując, trzęsąc się, całe moje ciało napięło się z bólu, jakby tylko to mnie trzymało w kupie.

Przejeżdżały samochody.

Pikap.

Sedan.

Ciężarówka, wiatr dmuchnął mi w twarz kurzem.

Nikt mnie nie powstrzymał.

Telefon wibrował w kieszeni, przypominając, że wciąż tam jest i prawie rozładowany.

Wyplułam go.

Trzy procent.

Palce miałam lepkie od potu.

Próbowałam go odblokować, ale nie działał.

Spróbowałam ponownie.

Moja matka pochyliła się tak blisko, że poczułam zapach jej perfum, ostry i kwiatowy, zapach, którego używała do kościoła i na kolacje charytatywne.

Wykrzywiła twarz z obrzydzeniem.

„Zgiń, ty biedny nicponiu” – powiedziała.

Jej głos był spokojny.

Wyraźny.

Jakby czekała, żeby to powiedzieć od dawna.

„Nie potrzebujemy twoich kłopotów”.

Gardło ścisnęło mnie tak bardzo, że nie mogłam nawet płakać.

Evan rzucił moją torbę na drogę, jakby wynosił śmieci.

Zatrzasnął bagażnik.

Potem wrócił na miejsce kierowcy.

Moja mama wdrapała się do łóżka obok niego.

Nie obejrzeli się.

Opony zawirowały.

Wzbił się kurz.

Samochód odjechał.

Widziałam, jak tylne światła przygasają i pomyślałam, głupio, że to musi być pomyłka.

Wracają.

Zrozumieją.

Zadzwonią.

Ale droga pozostała pusta.

Upał dawał się we znaki.

Widziałem niewyraźnie.

Leżałem skulony na poboczu autostrady, bateria w telefonie spadła do trzech procent, potem do dwóch.

Wiedziałem wystarczająco dużo, żeby zrozumieć, co to jest.

Zapalenie wyrostka robaczkowego.

Poważne.

Chciałem skoczyć.

W liceum miałem nauczyciela wychowania fizycznego, który uwielbiał medyczne ciekawostki.

Powiedział: „Jeśli pęknie ci wyrostek robaczkowy, możesz szybko umrzeć na sepsę”.

Pamiętałem to zdanie, jakby ktoś czytał mi je na głos tuż przy uchu.

Powinienem był umrzeć w ciągu kilku godzin.

Ale ktoś interweniował.

A dokładnie godzinę później ludzie, którzy mnie porzucili, krzyczeli w absolutnej panice.

Nie pamiętam omdlenia.

Pamiętam, jak powietrze się zatrzęsło, jakby świat stanął na jego drodze.

Pamiętam, jak żwir zamienił się w pył.

Pamiętam głos, spokojny i zdecydowany, przecinający mgłę.

„Hej” – powiedział s