„Tracy Collins” – powiedziała, kiedy odebrałam. „Nie słyszałam tego nazwiska od lat. Michael Green dzwonił do mnie właśnie z pytaniem o sprawę Moore’a z 2008 roku”.
„Chyba tak” – odpowiedziałam.
„Dlaczego teraz?” – zapytała wprost. „Po co znowu o tym wspominasz po tym wszystkim czasie?”
Więc jej powiedziałam. Kolacja. Obelga. Śmiech.
Kiedy skończyłam, westchnęła głęboko.
„Ci niewdzięczni ludzie” – powiedziała ostrym głosem. „Czy oni w ogóle wiedzą, co dla nich zrobiłeś?”
„Nie” – odparłam szorstko. „Ale będą”.
„Dobrze” – powiedziała stanowczo Janet. „Prześlę Michaelowi wszystkie dokumenty, jakie mamy. Kopie wszystkiego. Arkusze czasu pracy, formularze zatwierdzające, dokumentację finansową, całą dokumentację”. Jeśli chce opowiedzieć tę historię, chcę mieć pewność, że zrobi to dobrze.
„Dziękuję, Janet”.
„Nie musisz mi dziękować. Uratowałeś tę rodzinę. Przynajmniej świat może o tym wiedzieć”.
Po rozłączeniu się siedziałem w swoim cichym mieszkaniu, obserwując poranne słońce wpadające przez okno.
Dwa za nami, jeden został.
A potem miał się zacząć prawdziwy show.
David Brown z gazety zadzwonił do mnie tuż przed południem.
„Pani Collins” – powiedział, a w tle usłyszałem szelest papierów. „Przeczytałem nawet pani maila dwa razy. To niezła historia”.
„Wszystko jest udokumentowane” – powiedziałem mu.
„Widzę. Te skany są bardzo dokładne. Dokumentacja szpitalna, zgody fundacji, korekty faktur. Wszystko pan zachował”.
„Pracuję w administracji od 35 lat, panie Brown. Prowadzenie dokumentacji było częścią mojej pracy.
„Czy mogę pana o coś zapytać bezpośrednio?” Jego głos się zmienił, ton stał się bardziej ostrożny. „Co pan tu chce osiągnąć? Czy oczekuje pan przeprosin? Publicznego uznania? Jaki jest cel?”
To było zasadne pytanie. Dobry dziennikarz by je zadał.
„Chcę, żeby prawda wyszła na jaw” – powiedziałem po prostu. „Przez piętnaście lat obserwowałem, jak ta rodzina buduje swoją reputację na fundamencie, o którym nawet nie wiedzą, że istnieje. Widziałem, jak chwalono ich za samodzielność, za to, że podnieśli się bez pomocy, i byłoby w porządku – gdyby nie fakt, że wczoraj wieczorem jasno dali do zrozumienia, co myślą o ludziach potrzebujących wsparcia. Jasno dali do zrozumienia, co myślą o mnie”.
„Ten komentarz o spekulantach” – powiedział cicho.
„Tak”.
Zatrzymał się.
„To będzie dla nich trudna historia” – powiedział. „Zwłaszcza jeśli wyjdzie na jaw”.
„Prawda często jest taka…” – odpowiedziałem.
„Dajcie mi dzień na sprawdzenie szczegółów i skontaktowanie się z kilkoma źródłami. Jeśli wszystko się potwierdzi, chciałbym to opublikować jako artykuł”. Czy zgodziłby się pan na wywiad, jeśli to konieczne?
„Tak.”
„Oddzwonię.”
Po jego rozłączeniu spojrzałem na zegarek. Była 12:15. Wysłałem te e-maile niecałe cztery godziny temu, a teraz trzy osoby już były w ruchu, zadając pytania i kontynuując dyskusję.
Ale miałem jeszcze jeden telefon do wykonania.
Sprawdziłem kontakty i znalazłem numer do Fundacji Społeczności Riverside. Walter Moore był w ich zarządzie. Był członkiem od lat, zawsze pojawiał się na zdjęciach podczas ich zbiórek funduszy i zawsze wygłaszał przemówienia o tym, jak ważne jest wspieranie społeczności. Widziałem biuletyn w zeszłym miesiącu – jego zdjęcie na pierwszej stronie, obok kilku lokalnych przedsiębiorców, wszyscy trzymający ogromny czek na skrzydło szpitala dziecięcego.
Fundacja szczyciła się wspieraniem osób w potrzebie.
Jakże trafne.
Zadzwoniłem pod główny numer.
„Fundacja Społeczności Riverside. Tu Angela. W czym mogę pomóc?
„Dzień dobry, Angelo. Nazywam się Tracy Collins. Próbuję skontaktować się z członkiem zarządu. Chodzi o transparentność darczyńców”.
„Czy mogę zapytać, o co chodzi?”
„Chodzi o jednego z członków zarządu, Waltera Moore’a. Mam pewne informacje o jego przeszłości w organizacjach charytatywnych zajmujących się medycyną, o których zarząd powinien wiedzieć”.
Zapadła cisza.
„Chwileczkę”.
W tle, podczas gdy czekałam, płynęła cicha muzyka. Wyjrzałam przez kuchenne okno na szare grudniowe niebo.
„Mówi Martin Bradford, dyrektor. W czym mogę pomóc, pani Collins?”
Wyjaśniłam, kim jestem, krótko opisałam, co zrobiłam dla Waltera i Diane 15 lat temu i wspomniałam, że mam całą dokumentację.
„Nie dzwonię, żeby sprawiać kłopoty” – powiedziałam. „Ale wasza fundacja zbiera pieniądze, aby pomagać ludziom w potrzebie. Walter Moore jest w waszym zarządzie i publicznie mówi o znaczeniu tej misji. Myślę, że zarząd powinien wiedzieć, że on sam kiedyś otrzymał dokładnie taką pomoc. Anonimową pomoc, do której nigdy się nie przyznał, bo…
