Moi rodzice wyrzucili mnie z domu sześć lat temu, żeby zapewnić godziwe życie mojej siostrze, a dziś wieczorem nagle są „tak dumni”, ponieważ właśnie kupiłem posiadłość za 12 milionów dolarów — tyle że ich e-mail trafił do mojej skrzynki odbiorczej jako ostrzeżenie, a nie zaproszenie na zjazd absolwentów.

Clark roześmiał się – głębokim, donośnym śmiechem.

„Pozwól jej to zrobić” – powiedział. „Pomysłów jest mnóstwo, Belle. Realizacja to podstawa. Ona nie umie programować. Nie umie budować. Ukradła plany, ale nie wie, jak kłaść cegły”.

Miał rację.

Tego wieczoru sprawdziłam media społecznościowe Sienny. Opublikowała długi, rozwlekły wpis o swoim rewolucyjnym startupie, prosząc o inwestorów – ale nie było tam żadnego linku do produktu, żadnego prototypu, tylko slogany.

Zamknęłam laptopa i złożyłam przysięgę.

Planowałam usunąć moje media społecznościowe. Zniknę. Stanę się dla nich duchem.

A kiedy będą zajęci udawaniem, zbuduję coś konkretnego. Zbuduję imperium tak wielkie, tak niezwyciężone, że ich odrzucenie będzie największym błędem w ich życiu.

Patrzyłam, jak deszcz bębni o okno pokoju gościnnego Clarka. To był ten sam deszcz, który zmoczył mnie w Memphis, ale teraz, z wnętrza, brzmiał inaczej.

Brzmiało jak oklaski.

Mój pierwszy rok w Chattanoodze był mieszanką wyczerpania i kofeiny.

Zapisałam się na lokalny uniwersytet, żeby dokończyć studia i przenieść punkty ECTS. Aby opłacić czesne i książki, podjęłam pracę kelnerki w ruchliwej restauracji w centrum miasta.

Mój grafik był napięty.

Wstawałam o 5:00 rano, żeby programować. Chodziłam na zajęcia od 9:00 do 14:00. Potem pracowałam w restauracji od 16:00 do 23:00. Potem wracałam do domu i programowałam, aż oczy mi się zamgliły.

Nazwałam to Projektem Phoenix.

To była nowa wersja mojej aplikacji. Nie tylko przebudowałam Task Flow, ale całkowicie go przeprojektowałam. Zbadałam, czego brakuje na rynku. Nauczyłam się integracji sztucznej inteligencji, która wtedy dopiero raczkowała. Opracowałam algorytm, który nie tylko planuje zadania dla freelancerów, ale także przewiduje ich obciążenie pracą i automatyzuje fakturowanie.

To było trudne.

Były noce, kiedy płakałam nad klawiaturą. Były dni, kiedy chciałam zadzwonić do mamy i błagać ją, żeby wróciła do domu.

Ale za każdym razem, gdy czułam się słabo, patrzyłam na zapisany zrzut ekranu.

To była wiadomość od Sienny.

Narzekała, jak trudno jest być prezesem, kiedy ludzie nie popierają twojej wizji. Jej startup utknął w martwym punkcie. Przepuściła wszystkie pieniądze, które dali jej rodzice, i nic nie osiągnęła.

Jej porażka dodała mi energii.

Może i była błaha, ale nie dawała mi spać do 3 nad ranem, bo kod się nie kompilował.

Wujek Clark był moją opoką. Nigdy nie pytał, kiedy wychodzę z domu. Zawsze parzył świeżą kawę na blacie kuchennym przed wyjściem do pracy. Czasami siadał ze mną, kiedy ćwiczyłam prezentację. Nie znał się na technologii, ale znał się na biznesie.

„Spójrz im w oczy” – mawiał. „Spraw, żeby uwierzyli, że jesteś najmądrzejszą osobą w pokoju”.

Na ostatnim roku studiów miałam działającą wersję beta. Zaczęłam udostępniać ją lokalnym freelancerom za darmo w zamian za opinie.

Odzew był oszałamiający.

Ludzie byli zachwyceni. Mówili, że oszczędza im to dziesięć godzin tygodniowo. Wieść rozeszła się lotem błyskawicy.

Potrzebowałam funduszy, żeby się rozwijać. Potrzebowałam serwerów, ochrony prawnej i budżetu na marketing.

Włożyłam swój jedyny dobry garnitur – marynarkę z second-handu, którą McKenna przerobiła dla mnie – i pojechałam do Nashville, żeby przedstawić swój pomysł firmie venture capital.

Weszłam do sali konferencyjnej pełnej mężczyzn dwa razy starszych ode mnie.

Miałam dwadzieścia dwa lata. Byłam kobietą. Trzęsłam się ze strachu.

Ale kiedy podłączyłem laptopa i pokazałem im demo, drżenie ustało.

Znałem swój produkt. Wiedziałem, że jest lepszy niż cokolwiek innego na rynku.

Jeden z inwestorów, mężczyzna o sceptycznym spojrzeniu, zapytał mnie: „To wydaje się dużo jak na jednoosobową działalność gospodarczą. Czy macie współzałożyciela?”.

Wyobrażałem sobie Siennę kradnącą moją pracę. Pomyślałem o ojcu dającym mi 200 dolarów.

„Nie” – powiedziałem, patrząc mu prosto w oczy. „Zbudowałem to cegiełka po cegiełce. Nie potrzebuję współzałożyciela. Potrzebuję czeku”.

Uśmiechnął się.

Wypisał czek.

Ten czek zmienił wszystko. Nie były to miliony – jeszcze nie – ale wystarczyło, żebym rzucił pracę w restauracji. Wystarczyło, żeby zatrudnić dwóch programistów. Pracowaliśmy w małym wynajętym biurze nad piekarnią. Pachniało drożdżami i ambicją.

Sześć miesięcy później oficjalnie uruchomiliśmy aplikację.

Wybuchła.

W pierwszym tygodniu osiągnęliśmy 10 000 użytkowników, potem 50 000, a potem 100 000.

Blogi technologiczne zaczęły o nas pisać.