Lata temu mama przerobiła mój pokój na pracownię rękodzielniczą, ale po cichu wszystko zburzyła i pomalowała ściany na delikatny lawendowy kolor. „Dla świętego spokoju” – powiedziała, choć obie wiedziałyśmy, że to dlatego, że nie mogłam już znieść bieli. Zbyt wiele skojarzeń z zakrwawioną skórą i sterylnymi salami szpitalnymi.
Targ rolniczy stał się moim regularnym sobotnim porannym rytuałem. Ciche ponowne wprowadzenie do świata zewnętrznego, oderwane od sesji terapeutycznych i wizyt u prawnika. W tym zorganizowanym chaosie znalazłam coś, co dało się ogarnąć. Sprzedawcy wykrzykiwali ceny, dzieci się śmiały, słodki zapach popcornu mieszał się ze świeżymi ziołami. Życie płynęło wokół mnie bez mojego udziału.
Miałam właśnie sięgnąć po paczkę jabłek Honeycrisp, gdy poczułam skurcz w ramieniu. Donośne wspomnienie tamtej nocy, którą spędziła Victoria, sparaliżowało mnie. Paczka leżała na najwyższej półce, poza moim zasięgiem, i poczułam tę znajomą falę paniki, która pojawia się, gdy moje ciało nie jest już w stanie wykonać tak prostej czynności.
Chętnie pomogę.
