Clara Mendoza szybko zrozumiała, że ​​upokorzenie nie zawsze wiąże się z krzykiem.

Clara uśmiechnęła się, trochę smutno, trochę z wdzięcznością. „Też jestem z siebie dumna”.

Wyszli razem, nie jak w bajce, nie jak cudowne spotkanie, które miało wymazać historię, ale jak dwoje ludzi, którzy w końcu spotkali się bez kłamstw. Na krawężniku Javier podał jej ramię. Clara nie przyjęła go automatycznie. Rozważyła to przez chwilę – a potem pozwoliła, by jej dłoń wślizgnęła się w jego dłoń, nie dlatego, że go potrzebowała, ale dlatego, że chciała wybrać coś dla siebie.

I to było prawdziwe zakończenie.

Nie łzy miliardera. Nie potłuczone szkło Ricarda. Nie plotki, które miały się rozwiać w ciągu tygodnia.

Zakończenie pokazało Clarę wkraczającą w życie, w którym nikt nie mógł jej szepnąć: „Zostań w tyle”, a życie stało się jej własnym miejscem. Życiem, w którym mogła kochać bez znikania, odzywać się bez pytania i odejść bez poczucia winy. Bo najbardziej imponujący moment nie był moment, gdy mężczyzna ją znalazł.

To był moment, w którym w końcu odnalazła siebie – i nigdy więcej nie chciała się zgubić.